Global Trance -
Czytaj Czytaj Imprezy Inne Nowe Wywiady

Tom Hades

Sylwetki jednego z najbardziej znanych producentów muzyki techno w Belgii nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Tom Hades, bo o nim mowa, już niebawem właściciel labela Rythm Converted odwiedzi Polskę, gdzie wspólnie z Irregular Synthem promować będą wspólną EP'kę wydaną nakładem labela Dirty Minds.

Czytaj

Irregular Synth

Irregular Synth karierę DJ'ską rozpoczął w bardzo młodym wieku w Neapolu, miastu, z którego pochodzi wielu znanych artystów gatunku Techno. Dziś, dzięki swojemu unikalnemu talentowi, ciężkiej pracy, niezliczonych sukcesach oraz bogatych muzycznych korzeniach, Irregular Synth jest w czołówce najszybciej rozwijających się i rozpoznawanych artystów na scenie.

Czytaj

Blank & Jones

Legendy muzyki elektronicznej i twórcy wielu znakomitych, klubowych przebojów. Piet Blank i Jaspa Jones, to duet którego nie trzeba nikomu specjalnie przedstawiać. Po 8 latach pracy nad innymi projektami, Piet i Jaspa powracają do korzeni wraz z nowym, studyjnym materiałem pt. "#WhatWeDoAtNight", na temat którego i nie tylko zadaliśmy im kilka pytań.

Czytaj

Zobacz wszystkie

Info
  • Ilość newsów: 5294
  • Ilość artykułów: 43
  • Ilość wywiadów: 125
  • Ilość recenzji: 1029

Dodaj nas na:

Facebook

MySpace

Twitter

Blip

News

Nasza relacja z Transmission 2018 w Pradze

Dodano 2018-11-07, o godzinie 13:30

W Polsce wiele mówi się o zagranicznej kulturze organizacji muzycznych eventów. Często jako przykład do naśladowania stawiamy Czechów – kraj mniejszy, mniej liczny, a imprezami halowymi mlekiem i miodem płynący. Wśród licznych propozycji odbywających się u naszych południowych sąsiadów, jedno wydarzenie, niezmiennie osadzone w tym samym miejscu, od 12 lat przyciąga swoją regularnością i splendorem fanów gatunku trance oraz jego bliskich krewnych. Mowa oczywiście o Transmission.

 

W tegorocznej celebracji, przypadającej na weekend 27.10-28.10 (data nie jest od pewnego czasu bez znaczenia – cofnięcie zegarków w ostatni weekend października sprawia, że impreza trwa godzinę dłużej) miałem przyjemność uczestniczyć - w tej relacji pragnę podzielić się swoimi wrażeniami, spostrzeżeniami i – niejako odkrywając karty już na wstępie – przekonać tych wahających się, że warto choć raz w życiu odnotować ten event w swoim festiwalowym kalendarium.

Każda edycja Transmission ma co roku swój motyw przewodni, tym razem było to dość enigmatycznie brzmiące „The Awakening”. I choć szum w mediach społecznościowych wokół tematyki, traileru czy chociażby hymnu imprezy wydawał się być dość niski w porównaniu z ubiegłymi latami, nie przeszkodziło to osiągnąć imprezie statusu SOLD-OUT jeszcze jakiś czas przed planowaną datą wydarzenia. Siła marki? Z pewnością. Przez wszystkie te lata, a szczególnie intensywnie w ciągu ostatnich pięciu, sześciu, impreza mocno zapracowała na rangę niecodziennego wydarzenia i swój sukces, który dziś jest tłumnie celebrowany na kilku kontynentach.

Przed właściwą treścią, chciałbym poczynić na wstępie jeszcze jedno zastrzeżenie: był to mój pierwszy festiwalowy wyjazd do Pragi, z naturalnych względów nie mam więc odniesień do dotychczasowych edycji imprezy tudzież innych eventów o podobnej skali działania. Wszystko to dziewicze wrażenia, pisane piórem bądź co bądź osoby mającej styczność głównie z wydarzeniami z naszego krajowego podwórka, o zazwyczaj dużo niższym poziomie rozmachu i efektowności.

Organizacja

Chciałbym zacząć od kwestii, która mogła wzbudzić najwięcej wątpliwości i krytycznych spojrzeń. Jeśli chodzi o elementy związane z organizacją, sam osobiście nie spotkałem się z żadną przykrą sytuacją ani rozczarowaniem. Odbiór akredytacji i przejście przez bramki przebiegło sprawnie i bez przeszkód. Samo poruszanie się po obiekcie, mimo jego na pierwszy rzut oka przytłaczającej wielkości, było bardzo łatwe i nie wymagało korzystania z mapek, wystarczyło jednokrotne ‘obejście’ by szybko zorientować się w przestrzennej lokalizacji poszczególnych miejsc/punktów. Kolejki do baru i toalet były praktycznie nieodczuwalne (co najwyżej kilkuminutowe), a rozlokowanie i przepustowość wejść na/z trybun też nie powodowało względnie poważnych zatorów, przynajmniej do momentu zapełnienia O2 Areny w 100%, kiedy to dostępność miejsca na trybunach została mocno ograniczona. Ruch w kierunku danceflooru przebiegał bez przeszkód całą noc, mimo tego że już przed godziną 23:00 hala była wypełniona praktycznie po brzegi. Frekwencja z pewnością dopisała, a nawet przewyższyła oczekiwania, o czym jeszcze za chwilę wspomnę, jednakże mimo tłumnie zgromadzonych fanów z całego świata nie odczułem wrażenia ścisku na płycie; owszem było dość „gęsto”, niemniej nawet w godzinach statystycznie największej aktywności odnalezienie miejsca na parkiecie, i to wcale nie tak daleko sceny, było jak najbardziej wykonalne.

Nowością okazały się szafki depozytowe zamiast tradycyjnych szatni. Osobiście nie korzystałem z tej usługi, niemniej już ok. godziny 22:30 zabrakło wolnych miejsc, co naturalnie powodowało że część osób nie miała gdzie pozostawić swoich rzeczy osobistych/okryć, z czego wynika prosty wniosek, ich ilość była niedostateczna. Ceny na imprezie raczej standardowe, jak na tego typu wydarzeniach choć za półkę o raczej małych wymiarach koszt ok. 8,5 euro to myślę dość wygórowana kwota.

Absolutnie na najwyższym poziomie stał z kolei poziom nagłośnienia i efektów specjalnych. Aż trudno uwierzyć że to, jak czysto i równomiernie rozchodził się dźwięk udało się osiągnąć w halowych warunkach. Również mnogość i różnorodność świateł, stroboskopów, pirotechniki, innych efektów robiła ogromne wrażenie – choć zdaje sobie sprawę że dla rutynowych gości Transmission może to już być pewnego rodzaju ‘chleb powszedni’ z poprzednich edycji. Zrezygnowano tym razem z podwieszonych pod sufitem fajerwerków, po ubiegłorocznym incydencie z oparzeniem jednego uczestnika. Tym razem wyważono pewien kompromis między widowiskiem, a bezpieczeństwem, mocniej naciskając na ten drugi aspekt (co notabene nie powinno być niczym zaskakującym). Nowością były podesty dla tancerek – po 3 na obu stronach danceflooru, gdzie swoim strojem i charakteryzacją bardzo klimatycznie wpisywały się w otoczkę i motto imprezy. I jak wspominałem wyżej, dla mnie, jako debiutującej osoby na Transmission – ogólny poziom efektów zamknął kolokwialny „licznik” w skali spektakularności.

Muzyka

O godzinie 20:00 nastąpiło otwarcie bram, a imprezę rozpoczął warm-upem Thomas Coastline. Celem była klimatyczna rozgrzewka i myślę, że jak najbardziej udało się ten efekt osiągnąć, choć co prawda zameldowałem się dopiero mniej więcej w połowie jego występu i dopiero od tego momentu jestem w stanie przelać na papier swoje wrażenia. Mimo to na parkiecie było już całkiem sporo osób (znacznie więcej niż się spodziewałem), a z głośników sączyły się nieco wolniejsze, przeciągłe i wyszukane bity. Mogliśmy usłyszeć m.in. odświeżony cover „Sweet Harmony” autorstwa Paula Thomasa oraz Katherine Amy [nakładem FSOE], legendarne „Seven Days And One Week” w remiksie Yotto czy czy „Sunbeach” autorstwa Thomasa, we współpracy z Luigi Di Mare jako alias D3light. Utwory te stanowiły idealne tło by spokojnie oswoić się z O2 Areną oraz nastroić przed kolejnymi artystami. Występ jak najbardziej oceniam na plus, choć wiadomo że wszyscy zgromadzeni zdawali sobie sprawę że jest to dopiero przystawka przed głównymi daniami.

O 21:30 stery za konsoletą przejął Ilan Bluestone. Artysta wciąż znajdujący się w fazie szybkiego rozwoju, znany jest z energicznych i dynamicznych propozycji, często współtworzonych z innymi kolegami po fachu. W tym momencie, dosłownie i w przenośni rozpoczęło się pierwsze, nieśmiałe ‘przebudzenie’, gdyż Brytyjczyk zaprezentował znacznie żywszy set z bardzo dużym udziałem swoich własnych utworów/remiksów. W tym czasie parkiet zapełniał się z każdą minutą, a muzyka zachęcała do mniej lub bardziej odważnych ruchów na parkiecie. Najlepsze fragmenty to w mojej ocenie „Sky Falls Down” duetu Oceanlab, remiks Ilana do „Be Your Sound” Cosmic Gate oraz interpretacja wspomnianego przed momentem niemieckiego duo do „The Only Road” od Gabriel&Dresden, którego główny drop brzmiał na żywo bardzo imponująco.

22:45 to wizyta kolejnego podopiecznego Anjuny, tym razem artysty ukrywającego się pod pseudonimem Grum. Jego set był nieco bardziej stonowany, troszkę wolniejszy, co nie znaczy, że było to jakiegoś rodzaju rozczarowanie. Po prostu muzyka z jego dj’skiej kieszonki wybrzmiewała nieco łagodniej, wciąż jako nastrojowy prolog do przyszłych setów. Znów mogliśmy usłyszeć bardzo dużo elementów autopromocji samego producenta. I choć na co dzień gustuje w innych klimatach muzyki elektronicznej, set całkiem przypadł mi do gustu, aczkolwiek dla mnie osobiście minimalna poprawka w postaci zamiany godzin występu z Ilanem nadałaby bardziej naturalnego ‘toku’ rozwoju dynamiki imprezy.

Generalnie cały event podzieliłbym na 2 etapy: do północy, z artystami nieco mniejszego kalibru, którzy ewidentnie nie chcieli przeforsowywać tempa i wciąż podkręcać atmosferę, oraz od ‘godziny zero’, gdzie na scenie pojawili się przywitani gromkim aplauzem Above&Beyond, pierwsze z tych legendarnych i najbardziej rozpoznawalnych na świecie nazwisk, którzy powrócili na Transmission po kilku latach przerwy. Set brytyjskiego trio także był dość szczodrze wypełniony ich autorskimi propozycjami, co akurat dla fanów brzmień Anjuny powinno być dodatkową korzyścią. Siłą napędową mogły być rozwlekłe, euforyczne breakdowny i wokalizy oraz mocne, klubowe uderzenia w charakterystycznym dla Above&Beyond stylu. Było też kilka ostrzejszych fragmentów, niektóre nie przypadały mi do gustu, jednakże całościowo set oceniłbym bardzo dobrze, co widać też było po reakcjach publiczności i jej solidnym ‘przebudzeniu’, a w mojej subiektywnej ocenie im bliżej końca, tym coraz większe hity dopływały do nas z głośników O2 Areny. Końcówka setu była dla mnie absolutnym majstersztykiem – otrzymaliśmy mieszaninę najlepszych wokalnych kawałków od A&B i nie tylko, prawdziwych „pływaków”, podlanych w kilku miejscach parkietowych sznytem; rozwlekłe breakdowny, fantastyczny wokal i ciarki na ciele pojawiały się czy to w przypadku mashupów „Silence”, „Things Called Love”, czy „Sun & Moon”, gdzie przy tym ostatnim główny drop został ‘odpalony’ przez…a zresztą, sami zobaczcie:

Słowem podsumowania, absolutnie magiczny moment i całościowo świetny występ brytyjskiego trio.

 

Od 1:45 do 2:00 trwał Transmix – tradycyjny pokaz laserów zsynchronizowanych z nagranym wcześniej setem przez holenderski projekt Vision Impossible. Z utworów które udało mi się wyłapać i zapamiętać, tegoroczny zawierał m.in. mocarnie brzmiące „Suburbain Train”, „Carte Blanche” (prawdopodobnie remix Sneijdera), „Lizard” czy wstawki z „Free Sosei”. Jednym z odstających elementów był w moim odczuciu First State i jego „Children of the Masai”. Jednakże sam pomysł świetny, wykonanie bardzo dobre i śmiało mogę stwierdzić, że ten fragment imprezy mógłby z pewnością zostać wydłużony o kolejne 15 minut, gdyż publiczność bawiła się wprost wyśmienicie.

Z pojawieniem się Paula Van Dyka wiązałem bardzo duże nadzieje – przede wszystkim dlatego, że w mojej ocenie jest to genialny przykład artysty który bez względu na fluktuacje czasowe i zmienność trendów, zwyczajnie robi to co sam uwielbia, co widać w jego autentycznych utworach, gestach czy nawet prostej symbolice. 2 lata po bardzo groźnym upadku dochodzi do pełni zdrowia, wydaje wymownie zatytułowany album „Music Rescues Me”, po drodze kilka genialnych singli. Dosłownie jak wino – im starszy tym lepszy. I niejako wyprzedzając fakty, nie zawiodłem się ani trochę. Idąc od początku, intro było dla mnie genialnym doświadczeniem, utwór „I Trance You” jest jednym z najbardziej klimatycznych i esencjonalnych kawałków jakie można wybrać na otwarcie swojego show. W miarę rozwoju seta, usłyszeliśmy kilka znanych już propozycji od Paula, kilka niepublikowanych dotąd nowości (najpewniej z nadchodzącego albumu), trochę wokali i szachowania tempem. Jak to przy całej twórczości Paula często bywa, nie schodził poniżej pewnego wysokiego poziomu, a momentami serwował nam coś naprawdę wybitnego, jak np. singiel „Touched By Heaven”. Fragment setu, w którym kolejno mogliśmy usłyszeć po sobie takie perełki jak euforyczne „I Don’t Deserve You”, wulkan energii „The Code” w kolaboracji z Jordanem Suckleyem a potem legendarne i absolutnie nienarażone na jakikolwiek zmęczenie materiałem „For An Angel” był w mojej ocenie najlepszą sekwencją podczas całej nocy – melodyjnie, żywiołowo i z wyszukanymi, chwytającymi za serce i wyrywającymi kończyny do tańca, motywami. Po secie Paula na twarzy pozostawał ogromny uśmiech, w głowie kołacząca myśl o solidnym kandydacie do najlepszego występu tej nocy, a w nogach pierwsze oznaki regularnego zmęczenia. Nie było jednak czasu ani chwilę o tym myśleć, bo właśnie nastąpiła zmiana czasu i naszym oczom ukazała się kolejna gwiazda tej nocy.

Markus Schulz jest osobą chyba najtrwalej związaną z marką Transmission od dobrych kilku lat – już sama zapowiedź, będąca przywitaniem gościa „w swoim drugim domu” oraz entuzjastyczna reakcja publiki mocno wskazywały, że mamy do czynienia z kimś wyjątkowym dla zgromadzonej tu społeczności. Muszę jednak otwarcie przyznać, że od pewnego czasu indywidualna twórczość Amerykanina była dla mnie coraz mniej atrakcyjna, a skrawki najnowszego album rodziły uzasadnione obawy co do charakteru jego występu – i mówiąc szczerze nie spodziewałem się po tym występie porywającej zabawy. Jednakże rzeczywistość minuta po minucie zaskakiwała mnie coraz bardziej, gdyż występ ojca wytwórni Coldharbour okazał się bardzo eklektyczną, spójną i energiczną kompozycją, genialnie kontynuującą otoczkę wytworzoną przez jego poprzedników. Mogliśmy usłyszeć trochę „brudnych”, ociekających tajemnicą propozycji rodem z początków jego labela, mocne parkietowe uderzenia, trochę autopromocji (nowy album, hymny ubiegłorocznych edycji Transmission) jak i pojedyncze ukłony w stronę klasyki gatunku. Listując przykładami, były to np. bardzo często grywane przez Markusa „Lizard” w jego rekonstrukcji, „The Spiritual Gateway”, „Perception”, „Flight 643”, czy nawet „Stay With Me” od Pryda, również w aranżacji pana Schulza. Kilka wokali było trochę zbędnych, niemniej przy całości bawiłem się wprost rewelacyjnie i muszę przyznać, jest to set który po kilku odsłuchach w domowym zaciszu stawiam na równi z Paulem. Markus grał od godziny 02:15 do 3:30, a zatem sumarycznie dwa nazwiska, dwie sławy, zaserwowały nam dwie i pół godziny przedniej rozrywki.

Vini Vici to projekt, o którym trudno było nie słyszeć interesując się szeroko pojętą muzyką elektroniczną. Od jakiegoś czasu izraelski duet robi prawdziwą furorę na wszelkich światowych wydarzeniach muzycznych z topu, i tak też i tym razem, konsoleta w O2 Arenie padła ich łupem (w zasadzie to jego, bo obecny był tylko 50% składu). I choć odnoszę nieodparte wrażenie że jesteśmy już minimalnie za szczytem ich popularności, oddajmy jednak biegowi rzeczy to, co do niego należało: dancefloor podczas tego występu zamienił się w prawdziwe ognisko – aktywność zgromadzonych osób, energia lejąca się z głośników, połamane dropy, liczne mashupy trącające klasykę muzyki nie tylko stricte EDM i (subiektywna ocena) chyba także największe natężenie efektów świetlnych kumulowały się w absolutnie niezapomniane i fantastyczne show. Muszę powiedzieć szczerze – nie jest to charakter kawałków których lubię słuchać najbardziej w domowym zaciszu (preferuję raczej klasyczne „pływaki”, rozbudowane build-upy oraz z wolna rozwijający się lead), ale serwowana przez Vini Vici muzyka nie pozwalała ani na chwilę ustać w miejscu. W połączniu z genialnymi wizualizacjami i efektami, klasycznymi motywami, po prostu istne trzęsienie ziemi. Najlepsze momenty to zdecydowanie „Chakra”, „Free Tibet”, „Insomnia” czy wstawki licznie mashupowanych nieśmiertelnych hitów – „Played A Live”, „Resurrection”, „Man On The Run”. Zamykające „Great Spirit” to z kolei jeden z bardziej epickich momentów, jakie kiedykolwiek dotychczas widziałem i z pewnością zostanie w mojej pamięci na dłuuuuuugo.

Liquid Soul w godzinach 04:45-06:00 miał dopełnić dzieła zniszczenia, i tu jakiegokolwiek zaskoczenia również nie było. Było równie ostro, równie szybko, a na parkiecie równie wybornie. Przyznam szczerze, że po dotychczasowym zestawie artystów byłem już raczej biernym obserwatorem, niemniej pomimo coraz późniejszej godziny frekwencja na dancefloorze zmalała tylko nieznacznie. Set wypełniony był powykręcanymi, energicznymi dźwiękami, futurystycznymi wstawkami, a całość okraszona pokazami tancerek. W zasadzie trudno już doszukiwać się kolejnych epitetów – ograniczę się do zdawkowego stwierdzenia, że było równie nieziemsko, podania kilku bardziej znamiennych tytułów, jak np. „Universe Inside Me” we współpracy Liquid Soul i Vini Vici, „Spike” od Simona Pattersona czy „Awakening Dreams” oraz gorącego polecenia odsłuchania seta/obejrzenia video z tego kończącego fragmentu imprezy. Szczególnie polecam to drugie, by poczuć namiastkę klimatu panującego tej nocy w O2 Arenie.

 

Końcowe przemyślenia

Podsumowując, impreza w mojej ocenie wypadła wyśmienicie, niemniej nie udało się uniknąć kilku uchybień, co przy takich rozmiarach wyzwań organizacyjno-logistycznych raczej jest zrozumiałe (oprócz kwestii braku wpuszczenia kilkudziesięciu osób). Najważniejsze elementy: atmosfera, synergia muzyki z fantastycznym oświetleniem i sam rozmach imprezy, na żywo zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Mam dziwne wrażenie, że to początek długiej i obfitej w jeszcze wiele pięknych momentów znajomości z Transmission. I o ile z różnorodnych względów ekonomicznych, społecznych, zdrowotnych etc. dotychczas byłem zadeklarowanym przeciwnikiem zmiany czasu na zimowy, tak weekend 27.10/28.10 uzmysłowił mi jeden jakże poważny kontrargument – nie skracajmy tej imprezy o godzinę. 😊

 

 

 

Autor: Sebastian Zieliński

Tekst chroniony jest prawem autorskim. Zabrania się jego kopiowania lub jakiegokolwiek innego rozpowszechniania bez zgody autora. Jeśli jednak masz ochotę wyślij link znajomym albo zamieść go w swoim ulubionym miejscu w sieci.





4