Global Trance -
Czytaj Czytaj Imprezy Inne Nowe Wywiady

Tom Hades

Sylwetki jednego z najbardziej znanych producentów muzyki techno w Belgii nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Tom Hades, bo o nim mowa, już niebawem właściciel labela Rythm Converted odwiedzi Polskę, gdzie wspólnie z Irregular Synthem promować będą wspólną EP'kę wydaną nakładem labela Dirty Minds.

Czytaj

Zobacz wszystkie

Info
  • Ilość newsów: 5314
  • Ilość artykułów: 43
  • Ilość wywiadów: 125
  • Ilość recenzji: 1029

Dodaj nas na:

Facebook

MySpace

Twitter

Blip

Artykuly

15 zatraconych muzyki Trance

Dodano 2014-11-10, o godzinie 17:13

Cała przedstawiona tu 15-stka w latach świetności muzyki trance, robiła muzykę na bardzo dobrym, czasem wręcz genialnym poziomie. Ich nazwiska można było wymawiać jednym sumptem wśród innych, równie imponujących i dobrych twórców. Dziś, po oszałamiających, czasem szybkich sukcesach, czasem po długim czasie górowania nad innymi producentami, zaczynamy się wstydzić za taką twórczość.

 

 

 

15. Ummet Ozcan


Jego udział w rynku muzyki elektronicznej nie jest oszałamiający, ale dał się wszystkim zapamiętać jako twórca muzyki stosunkowo zimnej w odbiorze, nieokraszonej zbędnymi ozdobami o charakterystyce której nie powstydziłby się żaden około transowy producent. Tu na myśl przychodzi utwór Reboot – minimalistyczny majstersztyk o którym dziś można tylko pomarzyć. Zamiast dobrych rzeczy, dziś Ozcan brata się z Garixxem i innymi elektropięrdliwymi 'arystami'. Ktoś w ogóle słucha takich rzeczy jak 'Revolution'?

 

 

14. Tritonal


Trudno pytać co stało się z tymi chłopakami. Po wydaniu płyty Piercing The Quiet i późniejszej, remikserskiej wersji trochę jakby przepadli, utonęli w morzu mainstreamowego odmętu, który raczej ciepło ich nie przyjął. Z uporem maniaka nadal drążą temat i zamiast posypać głowę popiołem, powracając do tego co potrafią najlepiej, chłopcy idą w zaparte. Jeśli jednak nie macie w głowie żadnej dobrej produkcji od amerykańskiego duo, przypomnijcie sobie chociażby 'Forgive Me, Forget You' a dla kontrastu niech w uszach spokój zmąci popowy sznyt naszych bohaterów z 14 miejsca: 'Colors' – smutne dno talentu.

 

 

 

13. Ashley Wallbridge


Jedna z bardziej spektakularnych porażek człowieka, który do dziś nie pojął, że chyba coś poszło nie tak. Wallbridge był docenianym, złotym chłopcem nieprzeciętnych brzmień. Jego naturalna umiejętność łączenia oryginalnych rytmów z szablonowymi bitami przyniosła sporą popularność, którą jakiś czas temu rozmienił na drobne. Kolega Andy Moora, któremu również mogło się udać, wolał drogę Tritonali, zasiadając wśród kolegów i równając do nich poziomem. Dziś już raczej niewiele rzeczy robi od siebie, woląc spijać śmietankę popularności i remiksując co jakiś czas nowych kolegów – Aviciiego, Krewellę, Dash Berlin'a, Garetha Emerego [dla którego miejsca tu zabrakło, w nadziei na rychłą poprawę jego obecnego stanu] czy Cedrica Gervais'a. Dla przypomnienia: stary Ashley i jego 'Vision' versus nowe, naprawdę kiepskiej jakości wcielenie Anglika – 'Yin-Yang'.

 


12. Markus Schulz


Pierwsza pozycja w zestawieniu, którą umieściłam z bardzo ciężkim sercem. Rozterka, czy Schulz powinien znaleźć się wśród całej reszty producentów była tym większa, że jego obecna twórczość nie do końca powinna być naznaczona mianem (za przeproszeniem) szitu. Przytrafiają mu się momenty świetne, jak chociażby zeszłoroczna kompilacja Buenos Aires 2013, na której pod aliasem Marscela, udowodnił, że dużo jeszcze przed nim. Niemniej jednak nastawienie na kasę z obecnie jednego z największych rynków muzycznych jakim są Stany, przysłoniło mu zdroworozsądkowe myślenie. I tak po latach sukcesów, po paśmie zwycięstw na polu zawodowym, spowodowanych geniuszem, kunsztem i talentem, Markus, mając serce na wskroś niemiecko-amerykańskie, postawił na muzykę prostą, niewymagającą, w sam raz do tańca, lub czegoś tańcopodobnego. Nam się to nie podoba, a Ci którzy na parkiecie pojawiają się dopiero po 4 piwie nie polubią Schulza za jego romans z muzyką popową. Zresztą co to kochać, skoro po takich rzeczach jak 'Daydream', słuchamy dziś numerów pokroju 'Tempted' i aż płakać się chce...

 


11. ATB


Kochaliśmy go za pierwszy radiowy trance, za świetne wokale, za Heather Novą czy Robertę Harisson, za sprowadzenie transu do poziomu słuchalności nie tylko przez fanów, ale także przez naszych ojców czy matki, nie czyniąc jednocześnie zamachu na pewne muzyczne świętości. Andre Tannenberg był przesympatycznym wyznacznikiem nowego nurtu, który przy okazji przyczynił się do niebotycznego wzrostu sprzedawanych płyt z zakresu elektroniki. To ten facet wprowadził na salony dobry EDM, uczłowieczając jego formę. Śmiało, bez żadnego zażenowania można stawiać jego nazwisko zaraz obok Roberta Milesa czy Jeana Michela Jarre'a – czyniąc go jednym z prekursorów szerzenia tej stylistyki muzycznej. Za co do dziś jesteśmy mu wdzięczni. Szkoda tylko, że po takich kawałkach jak 'Till I Come', 'Killer 2000', 'Marrakesh' czy 'Ecstasy' nastąpiła era dziwnego spłaszczenia jego charakterystycznych brzmień i poznaliśmy utwory w stylu 'Raging Bull'.

 


10. Khomha


Kolumbijczyk znalazł się wysoko w tym rankingu, nawet wyżej niż bardziej uciekający od transu Schulz, ale jest tu tylko z jednego powodu. Krótka kariera nabrała rozpędu dopiero jakiś czas temu a on już zdołał zmienić w sobie i oddać wszystko co najlepsze. Z ciekawych momentów pozostał już tylko sam obiecujący alias i nieodparte wrażenie, ze każdy kolejny singiel to jedynie wypadek przy pracy. Personalnie nigdy nie był moim ulubieńcem, ale patrząc chociażby na Basila O'Glue, ten wyprzeda Khomhę już o lata świetlne i bardzo odlegle przeskoczył swojego podobnego stażem kolegę, utrzymując stale nienaganny poziom. Nie skreślając go jeszcze ze ścieżki kariery, postanawiam nie pastwić się dłużej nad Robertem Alzate Pasosem przypominam najlepszy jego czas. Estetyczne 'The Sky Is Inside You' kontra słabiutkie, typowo obecnie Coldharbourowe Asylum.

 

 

9. Bobina


Nigdy nie mówiono o nim jako o genialnym producencie, ale doceniano jego chęć i rzemieślniczą pracę. Dziś Bobina częściej staje się obiektem drwin zarówno słuchaczy jak i kolegów i raczej nie może się już poszczycić mianem najlepszego DJ’a i producenta Rosji. W to miejsce przekleja się dziś Arty'iego lub Yuri Kane'a, co zresztą nie dziwne, gdyż Dmitry Almazov w tym biegu na stałe został w blokach startowych, co chwilę zaliczając spory falstart, lub ucieczkę z toru. Kiedyś było tak: 'You Belong To Me' a dziś sytuację próbuje ratować, lub jeszcze bardziej ją pogarsza Christian Burns w pierdach pod tytułem (uszy krwawią) 'Still In Love'.

 

 

8. First State


Olbrzymie rozczarowanie, wręcz chyba jedno z większych w tej stawce, bo kiedy inni uciekają w stronę pieniędzy, co nie trudno zrozumieć, ten producent (po rozpadzie duteu) ani nie zbił kokosów na swojej okrutnie słabej obecnej twórczości, ani nie wybił się do grona plumkających sobie miło 'producentów' happy EDM. First State jeszcze jako Ralphie B i Sander van Dien było napędzane kołem zamachowym w postaci tego pierwszego. To pomysły Ralphiego obiecywały formacji bardzo dobre produkcje i dobre noty po każdym kolejnym wydawnictwie. Po rozpadzie, gdy Sander mógł już liczyć tylko sam na siebie, zamiast zamknąć w przeszłości projekt First State, na jego kanwie zaczął budować smutne historie bardzo słabych dźwięków. Tak oto poważany w środowisku alias stał się jedynie reliktem przeszłości, który na siłę próbuje gdzieś sobie funkcjonować. Tylko co to za życie, jeśli takie numery jak 'Sierra Nevada', 'Falling' czy 'Half Light' zamienia się na 'Where Are You', czy 'I'll Never Die'. Okropność!

 

 

7. Cosmic Gate


Kto nie słyszy teraz w głowie 'Exploration of Space'? Ten klasyczny już numer to 100% talentu kolejnego w stawce duetu. Niemcy sprawili, że świat zapadł na Kosmitomanię i nie chciał się długo z niej leczyć. W tym czasie Claus Terhoeven i Stefan Bossems zachwycali słuchaczy niebanalnymi melodiami w tylko sobie charakterystycznym stylu. Nikt nie był w stanie pomylić twórców utworów 'FAV', 'Body Of Conflict', czy odrobinę starszego 'Melt To The Ocean'. Dziś, zamiast tworzyć bezbłędne linie melodyczne w stylu Cosmic Gate, panowie postanowili się skupić na karierze zbierającej finansowe żniwo. Jak jeszcze w przypadku albumu 'Wake Your Mind' nie było wielkiej wtopy, tak już niektóre single z najnowszego dziecka pod postacią płyty 'Start To Feel' od Clausa i Stefana budzą niesmak. Oto jeden z nich: 'Falling Back'.

 

 

6. Dash Berlin


Bez zbędnych słów. Trio które jest solo, lub solo które zdaje się być trio nie nadaje się dziś do niczego poza tarciem chrzanu. Muzyka nie wychodzi im już w najmniejszym stopniu, a kalanie słuchu odbiorców obecnie żenującymi produkcjami to już swoista próba zamachu terrorystycznego. Za takie rzeczy powinni karać, najlepiej konfiskatą sprzętu muzycznego, by już nic podobnego nie mogło się narodzić. Dla kontrastu: klasyczne Till The Sky Falls Down i obecne Somehow. Enjoy!

 

 

5. Armin van Buuren


Mogłoby się wydawać, że król, książę i wszystko co na piedestale muzyki znajdzie się i tu na pierwszym miejscu. Mimo wszystko piąta pozycja Armina wydaje się uzasadniona tym, że jego sety czasem przepełnione są naprawdę dobrą muzyką a on sam jakby wewnętrznie odbija się od 2 różnych frontów – tego ideowego jak i finansowego. Łącząc je ze sobą, nie zawsze wychodzi z tego coś o czym warto mówić, że wkład w muzykę transową i jej rozwój w przypadku tego artysty jest niepodważalny i pomimo dzisiejszej ucieczki w bardzo lekką odmianę elektroniki, wydaje się on w dalszym ciągu jedynym wspólnym mianownikiem trance'u, wśród tony zalewającego nas crapu. Było kiedyś niesamowicie, bo wypatrywaliśmy każdego miesiąca singli w stylu 'Sail', 'Shivers' czy 'Rain' – każdy kawałek był enigmatyczny, powodował, że chcieliśmy chłonąć Armina każdym możliwym zmysłem. Dziś już patrzymy na tego nadal nie wywyższającego się chłopca/mężczyzny z Leiden ze sporą dozą niepewności, a jednocześnie wiedząc na co możemy liczyć. Godząc się z tendencją jaką obrał Holender, raczej trudno doszukiwać się powiewu zmian. Jedynym minusem na który stale pracuje sobie van Buuren jest stała przynależność do marki A State Of Trance, która dla przyzwoitości powinna już dawno zmienić nazwę lub zamknąć pewien rozdział z życia klubowiczów jak i samego Armina. Było tak: Shivers:

i jest tak: This is what It Feels Like.

 

 

4. Tiesto


Podobnie do Armina obrał nieco inną ścieżkę rozwoju. O nim trudno pisać, że zdradził trance, bo zdecydowanym ruchem odciął się od tego nurtu, momentalnie zakorzeniając się w muzyce stricte popowej. Wszystko było by dobrze, gdyby nie fakt, że nawet ta w dzisiejszych czasach przestaje mu wychodzić, czego dowodem jest absurdalnie słaba płyta 'A Town Called Paradise' – przez recenzentów zmiażdżona falą nieprzychylnej krytyki, a nawet przez fanów nowego Tiesto oceniana bardzo słabo. W 2009 roku Tijs Vevest postanowił zamknąć transowy rozdział jego kariery, stale pozostając jednak wiernym elektronice. Powstał różnorodny gatunkowo krążek 'Kaleidoscope', który przez pryzmat tamtego czasu oceniony był równie surowo co jego płyta z 2014 roku. Dziś można powiedzieć, że dokonania z Kalejdoskopu wcale Tijsowi nie przyniosły ujmy, a jedynie ukazały jego wielowątkowość i umiejętności tworzenia płyt tak odmiennych stylistycznie i tak mocno różnorodnych we wnętrzu. Konceptu raczej nie było tu wcale, ale patrząc chociażby na kawałek 'Century' można dziś pochwalić nieco Tiesto za tamte rzeczy. Jednak powracając do najlepszych czasów, nie trudno przypomnieć sobie album 'Just Be', chyba jeden z najbardziej zwartych gatunkowo z zakresu trance'u. Holender pokazał 100% swoich możliwości, tworząc niezapomnianą kreację, przyciągając tłumy spragnionych klubowiczów na własne eventy. Dziś przyciąga raczej 'elektorat' w wieku 12-18, gdyż raczej trudno znaleźć zwolenników popowego plumkania wśród starszych odbiorców. Przypominając sobie co było kiedyś, polecam klasyczne 'Adagio for Strings' versus dzisiejsze 'Wasted'.

 

 

3. Ferry Costen


Największy obciach sezonu.... wielu sezonów. Corsten jest mistrzem robienia szumu wokół nieistotnych rzeczy i tak oto bez najmniejszej żenady, człowiek od arcyważnych produkcji dla każdego fana trance'u zaczyna robić jakieś tragikomiczne numery z prostymi, miałkimi wręcz wokalami, okraszonymi melodyjkami tworzonymi chyba na smartfonie. Bez żadnego wstydu Corsten wpycha swoim fanom brzmienia o których nie warto nawet mówić, a co dopiero ich słuchać. To wielki wstyd, bo ikona z Rotterdamu nie potrafiąc się przyznać do radykalnej zmiany stylistyki, mydli nam oczy, że tak właśnie powinno być i jest dobrze. Panie Corsten – dobrze nie jest, weź się pan za jakąś uczciwą robotę. Corsten i jego Holding On:

niby Corsten i niestety niby jego Hyper Love:

 

 

2. W&W


Kiedyś uwielbiani, dziś przezywani przez swoich starszych fanów w Polsce per Batony. Kolejni Holendrzy w stawce zrobili coś kompletnie niezrozumiałego. Z dobrych rzeczy i użytku ze swojego talentu zrobili z siebie mistrzów elektronicznego pierdzenia. W czymś trzeba być dobrym, ale drodzy panowie, trochę smutno się robi, gdy to wy pierdzicie i nie widzicie w tym absolutnie nic obciachowego. A jest za co się wstydzić... Kiedyś robili takie utwory jak przedstawiona niżej 'Alpha', by później stać się ofiarą Wielkiej Stopy (dosłownie) – 'Big Foot'.

 

 

1. Orjan Nilsen


Absolutna porażka, niezwykle bolesny upadek, najbardziej rozczarowująca postawa, prawdziwie stracony muzycznie chłopak, który chyba lepiej czuje się, tworząc słabe, dosłownie beznadziejne kawałki dla gimnazjalistów (bez urazy, są gimnazjaliści z dobrym gustem, ja nie byłam ;) ), niż to co było za czasów In My Opinion. A przecież ten człowiek miał wszystko – obiecującą karierę, wsparcie chyba całej czołówki DJ’skiej, talent, uznanie a przede wszystkim szybko zdobyte zaufanie słuchaczy i coś, czego mógł mu pozazdrościć każdy – umiejętność kreowania i łączenia pozornie niepasujących do siebie elementów. Taki BYŁ Orjan dopóki nie stał się Armadowym popychadłem do robienia z siebie kretyna. Słodki grubasek o twarzy dziecka został perfidnie wykorzystany w swojej ułudzie rozwijającej się kariery i zwabiony pieniędzmi do zrobienia z siebie pośmiewiska. Pajacując w teledyskach z ostatniej płyty, odziany w prześmiewcze ciuchy, Nilsen bawi się wybornie, jak Rosjanie po wódce. Wytwórnia i producent jakoś nie poczuli wstydu, a zażenowana rzesza odbiorców z niedowierzaniem patrzyła na co raz większe wybryki swojego ulubieńca. Miarka się przebrała, a Nil-sen jak szybko się pojawił, tak szybko zaczął znikać ze sceny. To wyjdzie mu na dobre. Pora wyciągnąć z tej cierpkiej nauczki jakieś konstruktywne wnioski.

Orjan za czasów debiutu: Between The Rays:

oraz smutny upadek Orjana: Saint Out Of Me:


 

 

 

 

Autor: Iwona Ressel

Komentuj na forum

Tekst chroniony jest prawem autorskim. Zabrania się jego kopiowania lub jakiegokolwiek innego rozpowszechniania bez zgody autora. Jeśli jednak masz ochotę wyślij link znajomym albo zamieść go w swoim ulubionym miejscu w sieci.





4