Global Trance - Global Trance - Portal Muzyki Klubowej - Zapowiedzi Imprez - Najnowsze Utwory i Albumy - Recenzje - Polscy i Zagraniczni DJ's
Czytaj Czytaj Imprezy Inne Nowe Wywiady

Blank & Jones

Legendy muzyki elektronicznej i twórcy wielu znakomitych, klubowych przebojów. Piet Blank i Jaspa Jones, to duet którego nie trzeba nikomu specjalnie przedstawiać. Po 8 latach pracy nad innymi projektami, Piet i Jaspa powracają do korzeni wraz z nowym, studyjnym materiałem pt. "#WhatWeDoAtNight", na temat którego i nie tylko zadaliśmy im kilka pytań.

Czytaj

Frankyeffe

Frankyeffe jest zdecydowanie jednym z najbardziej interesujących włoskich producentów na europejskiej scenie techno. W 2015 roku wydał swój debiutancki album pt. 'Trenta', który już w marcu promował będzie na imprezie w Krakowie podczas drugich urodzin kolektywu Solid Techno Kick.

Czytaj

Pathar & Rooreck (Solid T

W dniu dzisiejszym mamy niezwykłą przyjemność przeprowadzenia wywiadu z założycielami krakowskiego kolektywu Solid Techno Kick, którzy powracają na łamy portalu w mocnym stylu prezentując swój najnowszy podcast, będący swego rodzaju preludium do wydarzenia które przed nami.

Czytaj

Sam Jones

W wieku 23 lat Sam Jones jest jednym z najbardziej rozchwytywanych młodych talentów w muzyce Trance. Ma na koncie wydawnictwa w takich labelach jak Armada, Black Hole, Kearnage czy Damaged Records, a jego muzykę supportowali m.in. Armin van Buuren i Ferry Corsten.

Czytaj

Zobacz wszystkie

Info
  • Ilość newsów: 4859
  • Ilość artykułów: 43
  • Ilość wywiadów: 123
  • Ilość recenzji: 1017

Dodaj nas na:

Facebook

MySpace

Twitter

Blip

Albumy

Blank & Jones - #WhatWeDoAtNight

Dodano 2017-03-13, o godzinie 07:59

Blank & Jones długo kazali czekać na swój powrót do muzyki klubowej. Nazwiska, które są jednymi z legend gatunku trance do dziś niesamowicie elektryzują to środowisko, nic więc dziwnego, że wiadomość o nowym, tanecznym albumie tych panów wywołała falę emocji. Tym bardziej, że kariera Niemców to pasmo nieprzerwanych sukcesów – czego się nie dotkną, zamieniają w czyste złoto. Dość powiedzieć, że mają na swoim koncie wiele ponadczasowych klasyków, niezwykle cieple przyjęte serie chillout’owe, czy cykl kompilacji z muzyką z lat 80-tych. Dziś, po 8 latach oczekiwania, dokładają do swojej dyskografii kolejny autorski album #WhatWeDoAtNight.

Pierwsze spojrzenie na okładkę i co widzimy: skromne 8 utworów, będących hołdem w kierunku tradycjonalizmu, gdzie trend upychania dużej liczby utworów na dysk nie ma racji bytu. Z drugiej próba pójścia z duchem czasu i wykorzystanie hashtagu przy tytułowaniu płyty. Przyznam szczerze, że wraz z dziewiczym odsłuchem towarzyszyło mi duże poruszenie. Po cichu liczyłem na album, który w scenerii nocnego, cichego zakątka studia B&J wywróci do góry nogami tegoroczne rankingi i już w lutym zdobędzie miano płyty roku. Rzeczywistość okazała się jednak inna – i nie chodzi o to że, album zawiódł oczekiwania lub jest słaby, on jest po prostu zupełnie… inny.

Jeśli ktoś liczył na jakieś naleciałości stylu z początku lat 2000-nych, muszę na wstępie wyprowadzić go z tego błędu. Tegoroczny album Blank&Jones to wyraźne spowolnienie tempa, zmiana stylu, skręt w stronę bardziej minimalistycznych, deep’owych kompozycji. Nie uświadczymy tu płynącej dynamiki w stylu „Catch”, „Nightfly” czy innych ponadczasowych klasyków, a meritum utworów opiera się raczej na pojedynczych dźwiękach niż tętniących klubowym sznytem, rozwlekłych leadach. Z jednej strony nie ma się czemu dziwić, sami opowiadali o tym w niedawno przeprowadzonym przez nasz portal wywiadzie, a do tego też nawiązuje tytuł krążka – to muzyka, którą duet (z całym szacunkiem, też już nie pierwszej młodości) tworzy pod osłoną nocy, więc metamorfoza jak najbardziej zrozumiała.

I tak przechodząc do punktowania konkretów, pierwsze sekundy albumu to bardzo prosty clap, który bardziej przypomina mi…swój pierwszy kontakt z FL Studio niż dzieło rąk legend muzyki elektronicznej. W miarę rozwoju kawałka pojawia się jakiś wyraźny, nieco melancholijny lead, wokół którego orbituje główna część utworu – brzmi on przyzwoicie, ale nie wywołuje żadnych ponadprzeciętnych odczuć, choć jest całkiem ok. Drugi utwór na albumie to „Nighttime”. Największą bolączką tego kawałka jest rytmiczne, regularne ‘plumkanie’, po części nawet irytujące, które niweczy wyłaniający się z wolna nieco mroczny motyw. Utwór konsekwentnie rozwija się, rozwija i…nic z tego konkretnego nie wychodzi – na pewno kawałek nie pozostaje w głowie na dłużej.

„COH” to dla mnie z kolei jeden z najlepszych utworów na albumie, od początku z zaznaczonym świetnym, delikatnym motywem i pięknie wkomponowanym podkładem w tle. Nie trzeba być wielkim fanem twórczości Blank&Jones by zauważyć, że ewidentnie wzorowano się na „Mind Of The Wonderful”, które osobiście bardzo lubię, być może stąd też od razu sympatia do „COH”. By ją jednak jakoś merytorycznie uargumentować, utwór zwyczajnie ma świetny, rozwijający się progowy klimat, czuć pomysł i słychać dobre techniczne wykonanie. W „Seven Souls” też mamy do czynienia z konsekwentnym budowaniem atmosfery, a zdecydowanie najlepszy moment to ten, gdy dźwięki tła są wyłączone a my mamy do czynienia z breakiem i kombinacją prostych, pojedynczych dźwięków wespół z przejmującą, nieśmiała wokalizą. Można by trochę ulepszyć wstęp i zakończenie – ponoć to diabeł tkwi w szczegółach, a tu w moim odczuciu takim chochlikiem jest na przykład ostatnia, dogrywająca minuta.

Brnąc dalej w materiał, dojdziemy do w zasadzie analogicznych wniosków; dużo prostych, minimalistycznych melodii, kompletny brak wokali, sporo ‘plumkającego’ otoczenia. Na duży plus można zaliczyć utwór „Shadow”, który ma w sobie świetny, hipnotyzujący pierwiastek. Generalnie materiał w mojej ocenie nie ma szansy stać się jakimś kamieniem milowym w dyskografii niemieckiego duetu. Jest to jakby nowa karta w karierze Blank&Jones – bardziej stonowana, wolniejsza, przejmująca. Chłopaki odeszli też od standardowego schematu budowy utworu, gdzie występuje klasyczny breakdown i kulminacja w jednym, głównym motywie – tutaj istotę odgrywa każdy poszczególny dźwięk. Jeśli chodzi o słuchalność materiału, bo to w zasadzie jest najważniejsze: czas spędzony z #WhatWeDoAtNight mija dość szybko, choć nie zostawia po sobie żadnych większych wrażeń, czy momentów specjalnego przykucia uwagi gdzie oderwalibyśmy się od innej czynności i raz jeszcze chcieli dobrze wysłuchać dany fragment.

Czy finalnie zmiana wyszła na dobre, trudno powiedzieć. Po pierwszym odsłuchu miałem mocno mieszane odczucia, z każdym kolejnym były one nieco łagodzone, choć ostatecznie album jakoś wybitnie nie przekonał mnie do siebie. Zdecydowanie najlepsze wrażenia słuchowe da się osiągnąć słuchając go późnym wieczorem/nocą, pod ciepłym kocem i na względnie niewysokim poziomie głośności albo w trakcie jazdy autem. Stąd też niemały orzech do zgryzienia przy wystawieniu subiektywnej noty – z jednej strony jest wiele świetnych, pojedynczych chwil, które często ‘dławione’ są (zbyt) pompującą otoczką. Suma sumarum jest to materiał poprawny, ciekawy, pokazujący też wszechstronność i wielopłaszczyznowy kunszt niemieckich artystów, niemniej będąc szczerym, u mnie na półce #WhatWeDoAtNight raczej będzie spełniał rezerwową rolę.

 

 

 

 

 

Ocena: 7.5/10

Autor: Sebastian Zieliński

Komentuj na forum GlobalTrance

Tekst chroniony jest prawem autorskim. Zabrania się jego kopiowania lub jakiegokolwiek innego rozpowszechniania bez zgody autora. Jeśli jednak masz ochotę wyślij link znajomym albo zamieść go w swoim ulubionym miejscu w sieci.





4